czwartek, 26 lutego 2015

Salvador da Bahia.

Pierwsze dni za mną. Krótko mówiąc inny świat, którego nie da się opisać słowami, trzeba to po prostu przeżyć samemu. Ograniczam się jeszcze z noszeniem aparatu i robieniem zdjęć, staram się rozeznać w okolicy, zrozumieć jak wygląda tu życie, bo jest to zupełnie coś innego do czego jestem przyzwyczajony. Nie da się tu przejść tak po prostu po ulicy. Co kilka metrów ktoś Cię zaczepia, prosi o drobne, próbuje coś sprzedać zaczynając od pamiątek i naszyjników, przez kokainę, aż po koniki polne zrobione z ogromnych liści czy samochodów z puszek po piwie. Ludzie śpią na ulicach, wieczorami często naćpani, na każdym rogu leży góra śmieci, w których grzebią bezdomne psy i koty, ale tak tu po prostu jest, nie ma chyba innego rozwiązania jak tylko się do tego przyzwyczaić. Jest też dużo cudownych rzeczy, jak plaże, ocean, niesamowite jedzenie, wszechobecna kultura afro-brazylijska. We wtorek skończyliśmy trenować i nagle zaczęliśmy słyszeć coraz głośniejsza muzykę. Wychyliliśmy się przez balkon akademii i zobaczyliśmy grupę batucady a za nimi tańczący tłum ludzi. Wrażenia po prostu bezcenne, a to dopiero początek pobytu.

Mam nadzieję, że niedługo uda się zrobić trochę więcej zdjęć, bo jest co fotografować. W sobotę płyniemy na wyspę odwiedzić Mestre Marineihro w jego domu, a z tego co nam opowiadał widoki do fotografowania są niesamowite.
5!